Skąd się wzięło KocziKarmi

May 14, 2018
Skąd się wzięło KocziKarmi

Podobno początku znajomości zazwyczaj się nie pamięta. Pewnie w niektórych przypadkach to nawet
lepiej. Ale ja tak samo jak do końca nie pamiętam kiedy poznałyśmy się z Anią, moją wspólniczką, tak
też nie do końca potrafię wyznaczyć moment w moim życiu, kiedy zrodziła się pasja do gotowania.
Największa pasja w moim życiu, dodam.

 

 

W moim domu nigdy nie było jakichś specjalnych tradycji kulinarnych. Moi rodzice pochodzą z
Mazowsza, ale przodkowie taty pochodzą także Kujaw, czyli dawnych Prusów. W domu jadło się
zawsze dużo i dobrze, to prawda. Wraz z dwójką rodzeństwa rozdzielaliśmy komisyjnie zakupione
przez mamę mandarynki, które potrafiłam potem tak skutecznie schować przed nimi, że
znajdowałam je po kilku miesiącach zgniłe na szafie. Zresztą chowałam przed nimi wszystko, a jako
najmłodsza szantażowałam jeszcze dodatkowo, że wsypię ich z paleniem, więc słodyczy miałam
zawsze pod dostatkiem. Pamiętam tradycję smażenia piątkowych placków ziemniaczanych ze
śmietaną i cukrem, których mój brat zjadł pewnego razu sztuk 52. Oraz obowiązkowe do tej pory na
święta krokiety z kapustą i grzybami, których zawsze jemy dziesiątki.
W podstawówce rodzice kupili pierwszą mikrofalę, a potem toster. No i to było jak Ameryka i Kanada
razem wzięte. Parówki z serem żółtym na ciepło, pizza Rigga i tosty to był szczyt moich marzeń.
Czułam, że wygrałam wszystko. Nikt wtedy nie myślał o kaloriach, cukrze, tłuszczu, glutenie, a jako
zawodniczka piłki ręcznej spalałam tyle, że mogłam jeść codziennie 43 Snickersy i nadal mieć świetną
figurę.

 

 

Liceum było już bardziej imprezowo-wyjazdowe. Wtedy budżet na weekend wynosił czasem 10 zł, z
czego trzeba było coś zjeść, kupić fajki i piwo na imprezie. Jak widać, bywało ciężko. Ale to były
piękne czasy. Mnóstwo wspomnień na wywołanych zdjęciach, nie było wtedy ani Facebooka, ani
Instagrama. Było jakoś bardziej prawdziwie i realnie. Tu i teraz.
Studia to czas jeszcze ciekawszy. Pierwsze lata upłynęły mi głównie pod znakiem mrożonych
pierogów na wagę, które teoretycznie były z kapustą i grzybami, ale równie dobrze mógł się trafić z
truskawkami. W ramach słodkiej niespodzianki od losu. Był chleb, spaghetti fix knorr, potem już
szczytem mojej możliwości został makaron ze szpinakiem i serem pleśniowym. To było wtedy danie
popisowe, byłam dumna i blada.

 

 

Mniej więcej 10 lat temu ogólnopolskim hitem stała się dieta białkowa Dukana. Faktycznie, chudło się
szybko, ale przy okazji bardzo zakwaszało organizm. No i na serek wiejski do tej pory nie mogę
spojrzeć nawet na sklepowej półce. Przechodzę obok niego z zamkniętymi oczami. W ramach diety
można było jeść wspomniany serek, jajka, tuńczyka, kurczaka, nabiał. Tylko. Bez tłuszczu. I raczej z
małą ilością przypraw. I chyba wtedy zaczęłam kombinować. Łączyć ze sobą te 5 dozwolonych
produktów na krzyż, żeby nie zwariować. I wychodziły mi naprawdę niezłe dania!
Potem poszłam na urodziny mojej koleżanki, na których zjadłam tartę porową. Matko Bosko! Ludzie
kochani! Oszalałam. Jakie to było pyszne! I tak tarty zostały z kolei moim głównym daniem
popisowym. Wkrótce lista zaczęła się rozszerzać. I wpadłam jak śliwka w kompot na dobre.

 

 

Jeśli miałabym określić mój sposób gotowania, to jest to totalny freestyle. A ostatnio także zero
waste. Resztkę prażonych jabłek dodaję do kremu z buraków. Zostało mi kilka truskawek, więc
wrzucam je chlebka bananowego. Na szczęście prawie nigdy się nie mylę. Gołąbki? Proszę bardzo.
Pierwszy raz w życiu gotowałam je od razu na obiad dla 20 osób, który nie mógł być fakapem.
Tak mam, taka jestem. Planowanie owszem, ale wszystko musi być raczej na przedwczoraj.
Cierpliwość to dla mnie raczej pojęcie ze słownika, podobno istnieje.

 

 

Oczywiście cały czas się uczę. Porzuciłam mięso, które kiedyś było dla mnie głównym pokarmem.
Sporadycznie jem nabiał, bardzo unikam glutenu. Czy ze względów zdrowotnych, etycznych
osobistych, nie uważam, by komuś trzeba było się tłumaczyć ze swojej diety. Nic na siłę przecież.
Choć oczywiście zaprzestanie jedzenia mięsa jestem w stanie propagować chodząc po mieszkaniach i
pytając: Czy myślał Pan o przejściu na wegetarianizm? Mogę nawet wydrukować stosowne gazetki. I
stać też z nimi przy metrze.

 

 

Ogromną inspiracją i prowodyrką zmian w moim życiu jest Iwona Zasuwa, znana także jako Matka
Smakoterapia. Jako przyjaciółkę mojej przyjaciółki znałam ją kilka lat, ale dopiero gdy poszłam na
warsztaty do Iw wszystko stało się jasne. To tak jakby powiedziała mi na nich: Marta, słuchaj, sprawy
wyglądają tak. Niebo jest niebieskie, a trawa jest zielona. Na co ja mogłam odpowiedzieć jedynie: to
przecież, kurka, no przecież!

 

 

Pisaniem z kolei parałam się od zawsze. Przychodziło mi to z łatwością i przyjemnością. W
podstawówce zarabiałam na pisaniu wypracowań kolegom z liceum, potem zaczęłam pisać felietony,
relacje z koncertów, recenzje płyt dla kilku portali internetowych czy dla kultowego Ślizgu. I
właściwie to jak mam czas to zawsze coś gdzieś tam piszę, notuję myśli, cytaty, anegdoty. Choć
koleżanki z poprzedniej pracy zawsze śmiały się, że u mnie na biurku można było zastać jedynie
notatki pt. 3 kg ziemniaków, bazylia, 1 kg pieczarek, olej rzepakowy.

 

 

Do decyzji o własnym biznesie dojrzewałam długo. No bo to ryzyko, bo nie mam wsparcia, zaplecza
finansowego. I naprawdę nie wiem, jak zgadałam się o tym z Anią. Znamy się przez znajomych
znajomych, pewnie spotkałyśmy się na jakiejś imprezie. Różnimy się totalnie. Ja myślę o tym, żeby
jedzenie było gotowe i ciepłe na czas, Ania o tym, żeby pakunki z ciastem miały równe kokardki, a
nasi klienci czuli się zaopiekowani. I dlatego się uzupełniamy, uczymy od siebie wzajemnie.
Jakieś 10 lat temu oglądałam Kuchenne rewolucje. Magda Gessler robiła w tym odcinku pesto. W
wiadrze. Ogromnym blenderem. Pamiętam, że napisałam wtedy do mojej przyjaciółki, stara, ja chcę
mieć taki blender! No marzę o nim! I mam go dziś. Mogę sobie robić pasztet z soczewicy w wannie. A
takie małe spełnione marzenia dają naprawdę ogromną radość.

 

 

Przed nami wielka przygoda i wielkie wyzwanie. Decydując się na robienie cateringu
wegetariańskiego z ekologicznych produktów działamy odważnie. Ale na swoim i po swojemu.
A ten blog ma być historią. Jedzenia, podróżowania, życia. Na jego potrzeby zaczęłam też spisywać
przepisy. Głównie po to, żebym potem sama mogła do nich sięgać, bo przecież nigdy nie pamiętam co
z czego zrobiłam. Miłej lektury więc i smacznego! I do zobaczenia 🙂

Zobacz również:

Koczki Karmi Catering Przyjęcia okolicznościowe Garden Party