Madryt

July 16, 2017
Madryt

Hiszpanię i Włochy darzę miłością szczególną. Dlatego jeśli tylko nadarzy się okazja lecę na któryś z półwyspów. Jeść, zwiedzać, chodzić godzinami po miejscach mniej już bardziej oczywistych. Żyć pełnią życia. Uczyć się języków (choć już powoli przestaję się oszukiwać, że mam jakikolwiek dar w tym kierunku).

Cały czas jednak ćwiczę. Na przykład jadąc windą czytam kilka razy na głos POR FAVOR CIEREN LA PUERTA (czyli po prostu: prosimy zamykać drzwi). I jestem coraz bardziej zadowolona z efektów. Uważam, że słowa te wypowiedziane z odpowiednią ekspresją mogą oznaczać także: Antonio, znowu zdradziłeś mnie z moją siostrą! A jeśli dołoży się do tego adekwatną minę i gesty, brzmi prawie jak: I w dodatku nie jesteś moim prawdziwym ojcem!

Słysząc na ulicy hiszpańskie dialogi wydaje mi się, że ich autorzy mówią 100 słów na minutę, a ja i tak słyszę głównie szyszyszy. Ale znajomy Hiszpan mówi, że to samo może powiedzieć o języku polskim , dlatego nie wiem już gdzie leży prawda. Pewnie po środku.

Po środku, czyli w Madrycie. Bo tak mniej więcej względem całego kraju położone jest to miasto. Jest tam piekielnie gorąco, sucho i pięknie. To była moja druga wizyta w stolicy. Choć moje piłkarskie serce leży zdecydowanie w Katalonii, pierwszy raz w Madrycie byłam na meczu Realu. Stadion piękny (tym razem obejrzałam go bardzo dokładnie), Ronaldo też śliczny, emocje duże.

Moja dieta ostatnio z różnych względów podlega coraz większym restrykcjom. Zdecydowałam jednak, że podczas wyjazdu dam sobie trochę luzu. Bez zmian nie jem mięsa, więc wszelkie podroby, flaki, kaszanki, chrupiące świńskie uszy nadal pozostały w sferze obserwacji. Ale moi mięsożerni towarzysze wraz z lokalsami zajadali się ze smakiem. To, czego będąc w Madrycie spróbować po prostu trzeba to tapas, pinchos, paella i owoce morza. Świeże i pyszne, mimo że serwowane z daleka od morza.

Tapas i pinchos to małe przekąski, podjadane o dowolnej porze, raczej między głównymi posiłkami, często w towarzystwie napitków, jak popularne wino rioja czy cava (w wersji musującej). Pije się tu też sporo piwa (cervesa!). W starych, tradycyjnych lokalach przekąski je się zazwyczaj na stojąco, przy barze, resztki rzucając do koszy pod barem, do których kiedyś wrzucało się także pety. Współczesną świątynią i patronem tego rodzaju jedzenia jest Mercado San Miguel. Zapiszcie sobie na liście must see (and eat). Zjedzcie tam krokiety, tortillę, smażone kalmary i ostrygi.

Zaczynając dzień miejscowi zaproszą Was na kawę, najczęściej z mlekiem, podawaną w towarzystwie ciastek, słodkich bułek i rozmaitych wypieków. Raczej małym poważaniem darzę śniadania w słodkim wydaniu, drugie śniadanie to już jednak zupełnie inna sprawa.

W menu Madrytczyków znajduje się także dużo serów krowich, owczych, kozich. W mniejszych lokalach podaje się także jajka na wiele sposobów, z ziemniakami czy chorizo. Do piwa w cenie dostaniecie oliwki, chipsy lub pikle.

Obiady i kolacje to dużo dużo mięsa. Hiszpanie jedzą go ogromne ilości. Od dojrzewających szynek, przez gulasze, po steki. To także wspomniane ryby, owoce morza i paella – ta podawana z mięsem, owocami morza lub – to stosunkowa nowość – wege.

Oprócz kuchni tradycyjnej jest tu także wiele świetnych restauracji z różnych stron świata. Meksykańskie, indyjskie, z Ameryki Południowej, jako że jej mieszkańcy stanowią sporą część mieszkańców miasta i jak powiedział jeden z nich, właściwie tylko za ich zasługą w Madrycie jest dodatki przyrost naturalny. Jest także coraz więcej knajp wegańskich i wegetariańskich, także przy głównych ulicach, co mnie akurat bardzo cieszy.

Miejsc do zwiedzania także jest sporo. Jeśli tylko traficie na znośną temperaturę (przed czerwcem i w drugiej połowie września), całe miasto można przejść na piechotę. Zamek królewski, stadiony piłkarskie, muzeum Prado z ogromnymi zbiorami, m.in. Goji i El Bosco, Velasqueza i Rubensa. Polecam także wzgórze Debold temple, z którego roztacza się widok na całe miasto, najbardziej imponujący po zmroku. Liczne bary i puby otwarte są do późnych godzin nocnych.

Jest tu także sporo miejsc z muzyką na żywo. Udało mi się trafić na jam session, które na długo pozostanie w pamięci. W Warszawie takich miejsc dotkliwie brakuje.

Mieszkańcy miasta, choć zazwyczaj pogodni i otwarci, narzekają jednak na kryzys na rynku pracy, stagnację, coraz niższy przyrost naturalny, ratowany przez przybyszy z Ameryki Południowej i Łacińskiej, a także korupcję wśród rodziny królewskiej i polityków.

Każdy naród i kraj ma swoje problemy, to jasne. Cieszmy się tym co mamy, podróżujmy, bądźmy otwarci. A po powrocie do domu przyrządźmy sobie choćby tortillę z jajek i ziemniaków. Bardziej zaawansowani niech pokuszą się o usmażenie churros, które można potem pochłonąć z czekoladą. To rodzaj pysznych pączków. Powoli planuję kolejną podróż. Czy do innego kraju, miasta czy do innego stanu umysłu, zobaczymy 😉

W każdym razie na pewno zdam Wam relację!

 

Miejsca do polecenia:

Prado – muzeum narodowe, Stadion Santiago Bernabeu, Stadion Athletico,

Taberna Del Arco- nowoczesne, minimalistyczne wnętrze, krótka karta z obłędnym jedzeniem,

Sahuaro – Meksykańska restauracja z domowym jedzeniem, w 100% przygotowanym na miejscu

Manula – klub jazzowy z muzyką na żywo

Debod temple – wzgórze z widokiem i kawałkiem historii

Zobacz również:

Koczki Karmi Catering Przyjęcia okolicznościowe Garden Party